Wiara czyni cuda ;)

Wiara czyni cuda! W tym przypadku, mam na myśli wiarę moich dzieci we mnie ;)

Otóż wyobraźcie sobie kogoś kto zasadniczo jest mało utalentowany manualnie, jest mało cierpliwy i szczegółowy oraz nie czuje się uzdolniony artystycznie. Wyobraźcie sobie, że nagle taka osoba zostaje zatrudniona np. w roli krawcowej w znanej firmie odzieżowej, gdzie dużo od niej zależy ...  Powiem Wam, że czasem właśnie tak się czuję (Pozdrawiam Panią Karolinę, która co roku stawia przede mną i innymi rodzicami, wyzwanie pt. zrób własnoręcznie prezent dla swojego dziecka na szkolno-przedszkolne świętowanie Bożego Narodzenia  w Chrześcijańskiej Szkole i Przedszkolu Daniel)
To tak tytułem wstępu, a teraz przejdźmy do meritum.

Zapewne jako dzieci, mieliście różne marzenia i pomysły kim zostać w przyszłości: nauczyciel, pielęgniarka, sprzedawca, baletnica, kosmonauta, cukiernik, malarka itd. Często jednego dnia było się weterynarzem, a następnego już choreografem lub florystką. Potem przyszła dorosłość i większość  z nas swój wybór ograniczyła do jednej , dwóch profesji. U mnie też tak się stało i choć mój zawód pozwala mi na dość różnorodne działania, to w pewnym momencie okazało się, że życie ma dla mnie jeszcze kilka niespodzianek ;)
Gdy stałam się mamą, zrozumiałam, że dzieci są ludźmi wiary. Ich wiara w możliwości rodziców jest nieograniczona! Jest taki etap w życiu dzieci, gdy wydaje im się, że potrafimy wszytko, wiemy wszytko i jesteśmy w stanie  znaleźć rozwiązanie w każdej sytuacji.
Oczywiście, nie chodzi o to, by kogoś udawać, albo okłamywać dziecko, że tata lub mama są omnipotentni i wszechmocni. Ale są takie momenty, gdy ta ich wiara jest tak nieznosząca sprzeciwu, że aż sama zaczynam wierzyć, że coś co wydaje się mało realne dla mnie, może mi się jednak uda ;) I tak oto staję się np. cukiernikiem,tancerką lub fryzjerem czy pokonuję swoje lęki podczas wejścia na lodowisko po kilku latach przerwy (aż wstyd się przyznać!) , czasem przy tej okazji spełniając swoje marzenia  z dzieciństwa.
Zaczęłam to odkrywać, gdy pierwszy raz mój najstarszy syn zadecydował, że tort na urodziny w przedszkolu zrobi mama.... Spróbujcie wyobrazić sobie moją minę gdy to usłyszałam.... Zawsze torty w naszej rodzinie, to była domena mojej genialnej cioci. Z jej tortami nie ma co się porównywać - to jest mistrzostwo świata. Nie muszę więc dodawać, że nigdy  w życiu nie piekłam tortu. No, ale w tej sytuacji czułam, że muszą spróbować, bo syn był nieprzejednany. Sprawa nie wydawała się aż tak przegrana do momentu ,w którym nie usłyszałam jaki tort mam zrobić - smak jakoś ogarnęłam w mojej głowie, ale potem padł prosty komunikat, który brzmiał jak zaproponowanie mi wejścia na Mont Everest - Mamo zrób mi tort z Zygzakiem Macquinem..... Wiele razy widziałam piękne torty znajomych dzieci, na których pojawiały się przeróżne ozdoby z masy cukrowej, figurki, zdjęcia itd. Część mam robiła takie dzieła własnoręcznie,  ja - nigdy nawet nie próbowałam się do tego zabierać. Zaproponowała swemu pierworodnemu, ze może kupimy tort - odpowiedź była jednoznacznie odmowna. No i co było począć, zaczęłam kombinować, główkować, poczynać jakieś próby i wreszcie kończyć tort w nocy, a o poranku czekać na werdykt. Zachwyt mojego dziecka i radość, którą zobaczyłam gdy młody otworzył lodówkę, były dla mnie największą nagrodą. Nie spodziewałam się, że prze to wszystko wiara mojego syna urosła i od tego momentu jego kreatywność w wymyślaniu tego co ma być na torcie, rozwinęła się ;)  W związku z tym , każdego roku, kroczę w wierze w tym temacie ;) Był już Zygzak, Ninja, figurka Masterchef i wole na razie nie pytać o tegoroczny pomysł ;)

Innym razem, mój syn postanowił, że nie chce iść do fryzjera, bo mama umie obcinać włosy.... Ta teoria była tak zaskakująca, że  natychmiast zaprzeczyłam jakobym posiadała jakiekolwiek umiejętności fryzjerskie.  Gdy byłam małą dziewczynką bawiłam się owszem w salon fryzjerski, ale jednak zawsze na niby. Raz mój  wujek zaproponował, że mogę poćwiczyć na nim fryzjerskie zapędy - nie odważyłam się. Minęło kilkanaście lat i "szansa" się powtórzyła. Trochę mnie to przeraziło, bo na swoich barkach poczułam odpowiedzialność za wizerunek młodego człowieka i opnie kolegów i koleżanek. Ostatecznie  zaryzykowałam i powiem Wam, że wyszło całkiem nieźle ;) Syn zadowolony. Od tego czasu zdarza mi się "majstrować" przy włosach całej trójki ;)

Mogłabym tu mnożyć przykłady sytuacji,  w których robiłam coś czego w życiu sama z siebie bym nie zrobiła, albo coś czego nigdy nie próbowałam. Oczywiście są sytuacje, w  których wiara moich dzieci we mnie nie wystarcza i korzystamy z pomocy kogoś innego lub po prostu zmieniamy plany. Ale jestem im wdzięczna za to, jak wiele razy sprawiły, że wyszłam poza swoją strefę komfortu i zaryzykowałam. Dzięki nim ciągle się rozwijam i od nich uczę się myślenia "out of the box". Patrzą na życie bez wielu ograniczeń, które ja narzucam sobie w moim dorosłym życiu.

Myślę, że czasem potrzebujemy takiego dziecięcego spojrzenia na świat, bo może być tak, że  brakuje nam wiary w siebie samych i wiary w Boga działającego w nas. Wydaje nam się , że czegoś już nigdy nie zrobimy, albo, że to przecież nie dla nas. Wycofujemy się jeszcze zanim spróbujemy, choć gdzieś w środku, pojawia się pragnienie, jakaś tęsknota lub myśl, że chciałoby się móc zaryzykować. Nawet jeżeli nie wyjdzie wszytko od razu tak jak byśmy chcieli, nie warto się poddawać. Bóg jest tym, który mocą  działająca w nas może uczynić nieskończenie więcej niż prosimy czy rozumiemy (Ef 3,20)



Komentarze